NASI PARTNERZY




Be Social      

BLOG

 

DZIENNICZEK ROBOCOPA

 

Czyli jak przeżyłem zderzenie z ciężarówką

 



 

01.

„Robocopem” spontanicznie nazwał mnie jako pierwszy znany telewizyjny dziennikarz Radek Kietliński – z powodu płytki umieszczonej na wysokości klatki piersiowej w gorsecie, w który po wypadku zapakowano złamany kręgosłup. Spodobało mi się to – oczywiście przezwisko, a nie noszenie gorsetu przez trzy miesiące ;)

A zaraz potem inny znajomy, reżyser – dokumentalista Jarek Kamieński napisał: 

„Czarek, wiesz, że sam jeżdżę dużo na rowerze. Pewnie jest nas więcej w Twoim otoczeniu. Podziel się chłopie wiedzą o tym: jak było, co się stało, co mówią mędrcy w bieli i zastanów się co możemy zrobić, żeby Ci pomóc. Piszę to z przekonaniem, że równie dobrze mógłbym być na Twoim miejscu i dlatego nie mogę być obojętny. Mam nadzieję, że nie jestem sam, w tym myśleniu. Może jakiś kołdra blog?”

Ten „kołdra-blog” spodobał mi się znacznie mniej, ponieważ samą nazwą sugerował leżenie. Być może bardzo długie... Ale ziarno zostało zasiane: faktycznie byłby to jakiś pomysł na tygodnie (miesiące?) przymusowo spędzone w łóżku. 

Uprzedzając fakty – na szczęście podniosłem się z niego szybko, ale już w ciągu pierwszego tygodnia zebrałem tyle nowych doświadczeń i wrażeń, że faktycznie najlepiej je notować, aby nie zatarły się w ogólnej masie. A może faktycznie będą one pomocne? Jeśli nie mnie, to może komuś, kto nie daj Bóg, znajdzie się w podobnej sytuacji.

Na początek parę informacji, żeby ci, którzy mnie nie znają osobiście, mieli jakiekolwiek wyobrażenie o autorze. Nie uważam się za zajadłego rowerzystę. Regularnie zacząłem jeździć dopiero w okolicach czterdziestki na karku, kiedy trochę ustabilizowało mi się życie w różnych jego aspektach i kiedy zauważyłem też, że upływa ono dość szybko, a więc niezbędna jest jakaś aktywność fizyczna, aby zbyt szybko nie zamienić się z faceta w tzw. sile wieku w starego dziada. I tak sobie jeżdżę od jakiejś dekady. Od dwóch lat – przez cały rok, również zimą.

Dla osoby dość leniwej i nieprzychylnej wszelkim formom „katowania”, rower okazał się rzeczywiście idealny. Szybko można było zauważyć, jak szybko traski 20-kilometrowe zamieniały się w 50-, a nawet 70-kilometrowe, a dyżurne 20 km można było zaliczyć „od niechcenia”, podczas załatwiania zwykłych, codziennych spraw na mieście. Niemal od razu rowerem dało się też zajechać tak daleko, żeby ruch połączyć z walorami krajoznawczo-przyrodniczymi. 

Z lenistwa założyliśmy też z bratem zerower.pl. Kiedy jeden z nas odstawiał swój rower w kąt, to dawał znać drugiemu, że pojazd „jest do wzięcia”. A wiadomo, czasem ma się ochotę zmienić sprzęt. Potem wpadliśmy na pomysł, żeby taki system  powiadomień poszerzyć o znajomych mieszkających w innych miastach. Tak, abyśmy wiedzieli, że uzgadniając zawczasu ze sobą nawzajem termin, możemy liczyć na oczekujący nas gotowy do jazdy rowerek – w Białymstoku, Krakowie czy Warszawie. Naprawdę nie lubimy wypożyczalni miejskich, zresztą nie wszędzie one są.

Wiedzieliśmy oczywiście, że od dawna istnieją serwisy P2P w tym zakresie – i o zasięgu miejskim i międzynarodowym - jak np. bikesurf.org czy spinlister.com. Nie znaleźliśmy jednak takiego, gdzie za wypożyczenie roweru od innej osoby nie trzeba byłoby płacić, gdzie byłby on całkowicie darmowy dla użytkownika. 

Poszliśmy więc właśnie tym kierunku – po prostu robiąc zerower.pl za własne pieniądze i za własne go utrzymując. Na szczęście to stosunkowo niewielkie sumy :) Uznaliśmy bowiem, że ważniejsze od kasy jest stworzenie i zachowanie formuły czysto społecznościowej serwisu – jedynym warunkiem zarejestrowania się w naszej wspólnocie jest natychmiastowe dodanie do bazy własnego roweru. To przecież też dużo.


A my jako założyciele jesteśmy i tak na plusie. Za kilka tysięcy zł wpakowanych w stronę (tak, tak – jej wygląd to właśnie skutek wysokości inwestycji) w miesiącach letnich mamy dostęp już do ponad 50 rowerów w całym kraju i poza jego granicami oraz kontakt z ich właścicielami – świetnymi, otwartymi ludźmi. Jakże inaczej, skoro odważyli się nam zaufać? ;) A są to już nie tylko znajomi i znajomi znajomych. Oczywiście cały czas mamy nadzieję również na sponsora w białym maybachu, ale jesteśmy cierpliwi...

Tyle przydługiego wstępu. Ale ma on tylko wytłumaczyć, kim z grubsza jest autor  tych notatek i dlaczego pojawiły się one właśnie na stronie zerower.pl, a nie na jakiejś innej. No i co robiłem w środę 19 października na przejeździe dla rowerów, gdzie doszło do wypadku...  

Ale o tym już w następnym odcinku, bo moje plecy już wyczerpały dzienny limit siedzenia przy kompie. W kolejnych wejściach napiszę też m.in: co własna dupa ma wspólnego z kotletem schabowym, jakie są niezaprzeczalne zalety cewnika oraz jak 20 października zapłacić podatek PIT-5, kiedy 19 października złamało się kręgosłup. 

 



 

02.

Trudno zacząć taką relację bardziej banalnie, niż od słów: „nic nie zapowiadało nieszczęścia” ;) No i to chodzi, bo poranny wypad był do bólu rutynowy, bezpieczny i przewidywalny. Miałem w pierwszej połowie dnia załatwić kilka spraw na mieście i na spokojnie wrócić ok. południa do domu, żeby jeszcze bez spinania się zdążyć na 14.00 do pracy.

Na dobrą sprawę „po zawodach” było już ok. 10.00. Pozostało tylko wybrać drogę powrotną: mogłem objechać ścisłe centrum miasta drogą dla rowerów i potem również praktycznie z niej nie zjeżdżając, trafić pod sam dom. Mogłem też zdecydować się na ciekawszą trasę: przejechać przez Rynek, a z niego przeciąć cały zespół połączonych parków miejskich i też faktycznie ich nie opuszczając, dotrzeć do domu.

Wybrałem tę drugą opcję. W tym celu jednak od razu musiałem przejechać przez ulicę. Nic prostszego – w tym miejscu droga dla rowerów zamienia się w przejazd dla rowerów, do którego przylega przejście dla pieszych. Pośrodku ulicy jest wysepka – a po drugiej stronie, oddzielony barierką przeciwległy pas ruchu. Za nim chodnik i droga dla rowerów.

Teraz przejście wygląda dokładnie tak, jak opisałem je powyżej. Kiedy będę mógł się trochę bardziej ruszać, zrobię zdjęcie. Na razie dla orientacji w terenie tylko stary widoczek z Google Street:

https://www.google.pl/maps/@53.1337771,23.1661446,3a,75y,118.97h,72.24t/data=!3m6!1e1!3m4!1s3Fs1wvmk643BTpC4sX25xA!2e0!7i13312!8i6656!6m1!1e1

Niestety zdjęcie pochodzi z 2011 r. Przejazdu dla rowerów jeszcze nie ma, znajduje się on po lewej stronie przejścia, przed którym stoi facet w czapce. Kierowałem się w tym samym kierunku, co on.

Aha! Istotny szczegół: Do dziś nie ma tam sygnalizacji świetlnej – miasto jest ponoć zdania, że przejścia dla pieszych są w tej okolicy trochę za gęsto, więc instalowanie kolejnych świateł zaburzałoby płynność ruchu. A jest on tam rzeczywiście spory. I szybki.

Przekonałem się o tym też feralnego dnia. Nawet gdybym jadąc po DDR chciał wjechać z rozpędu na przejazd rowerowy (chociaż zazwyczaj staram się tego nie robić), to byłoby to niemożliwe. Już zbliżając się do krawężnika widziałem gnającą po pierwszym pasie osobówkę, która nie miała najmniejszego zamiaru zwolnić przed przejściem dla pieszych. Po prostu śmignęła mi przed nosem... 

Ale takie rzeczy to żadna nowość. Byłem na to przygotowany i dlatego bez większych emocji dopiero, kiedy upewniłem się, że nic równie groźnego z mojej lewej strony nie nadjeżdża, powoli sam wjechałem na jezdnię. Tym bardziej, że zachęcił mnie do tego kierowca autobusu miejskiego, który chwilę później przepisowo stanął przed przejściem. Spokojnie kręciłem więc dalej. 

Ani ja, ani kierowca autobusu nie zdawaliśmy sobie sprawy, jaką fatalną rolę odegra ten pojazd w całej historii. To miało okazać się dopiero za sekundę... Ale o tym już następnym razem.

 



 

03.

Przepuszczony przez autobus, przejeżdżając spokojnie przed jego czołem, wiedziałem, że nie mogę spojrzeć w lewo, żeby zobaczyć co dzieje się na sąsiednim pasie – ostatnim przed wysepką. Żeby nie tracić czasu rzuciłem w tym czasie okiem w prawo na skos – już za barierkę, żeby ocenić jak wygląda sytuacja z autami nadjeżdżającymi z naprzeciwka. Było ok. Można było nawet nie zatrzymywać się na wysepce. 

Potem, kiedy  już mogłem wyjrzeć zza autobusu, natychmiast spojrzałem w lewo. I zobaczyłem... pędzące wprost na mnie duże, wysokie auto. Naprawdę szybko. Pisku hamulców, ani trąbienia klaksonu nie słyszałem. Zamiast nich były dwa zlewające się w jedno uderzenia – maski samochodu w rower i – dokładnie pamiętam ten głuchy huk – ciała spadającego na przednią szybę. Mojego ciała.

Czy to był fart, czy jakiś ułamek sekundy na reakcję – nie wiem. Może jedno i drugie, ale głównie jednak raczej nieprawdopodobne szczęście. W szybę, którą kompletnie wgniotłem, ale nie wybiłem, trafiłem chyba tylko bokiem i plecami. Świadczy o tym przynajmniej rozkład najbardziej bolesnych potłuczeń. 

Część z nich mogła jednak pochodzić od uderzenia w asfalt, bo nie zostałem na tej szybie, tylko odbiłem się od niej i wyleciałem w powietrze. To pamiętam doskonale: przed oczami miałem raz niebo, raz zbliżający się asfalt i krawężnik. I całkowicie na zimno – adrenalina – zdążyłem dojść w locie do wniosku, że jeśli przywalę głową w ten krawężnik, to już po mnie. Nic nie pomoże.

I znów się udało. Upadłem na ulicę znowu na bok, nie tracąc przy tym nawet na sekundę przytomności. Do tego udało mi się jakoś intuicyjnie przybrać pozycję podobną do tej ratowniczej: leżałem na boku, ze zgiętą w kolanie jedną nogą, na której leżała wyprostowana druga. Głowa była na zgiętej ręce, druga ręka spoczywała luźno wzdłuż boku. 

Bólu, podobnie jak w momencie uderzenia, nie było wciąż żadnego, ale przez kilkanaście sekund (chyba) był to taki stan „ani ręką, ani nogą”. Widziałem, słyszałem, miałem świadomość, gdzie jestem i co się stało, ale nie miałem pomysłu na jakikolwiek ruch.

Leżałem więc tak sobie i patrzyłem na maskę samochodu, który zdjął mnie z roweru. Ze względu na tę rozbitą i wgniecioną szybę wyglądał naprawdę nieciekawie. Usłyszałem głosy ludzi, z zatrzymujących się aut ktoś zaczął do mnie podchodzić.

Jednocześnie zaczęła wracać orientacja we własnym ciele. Pierwsze co zrobiłem, to spróbowałem poruszać palcami rąk i nóg. Udało się! I w tym momencie zrobiłem się spokojny – kręgosłup jest cały, nie ma paraliżu. Jak się okazało potem radość ta była trochę przedwczesna, ponieważ to kręgosłup ucierpiał najbardziej. Ale wtedy z ogromną ulgą mogłem poinformować ludzi, którzy już przy mnie klęczeli, że mam czucie w rękach i nogach. Bo to było właśnie ich pierwsze pytanie. 

Moje pierwsze brzmiało:

- I który to taki mądry?!

Odezwał się młody, może 25-letni chłopak:

- Ja... Przepraszam, nie widziałem, autobus mi zasłonił...

 



 

04.

Po czymś takim, z gościem nie było już o czym rozmawiać. Zdążyłem go tylko jeszcze zwyzywać od debili. Zniósł to dzielnie i z pokorą. I słusznie – na jego miejscu klaskałbym uszami, że klient, który zgodnie z zasadami sztuki powinien był zginąć na miejscu, ma siłę jeszcze pyskować. Nie mówiąc już o tym, że w sprawiedliwym gniewie.

Sprawca grzecznie siedział przy mnie aż do samego przyjazdu karetki. Z drugiej strony też nic dziwnego, na jego miejscu też wolałbym się upewnić czy delikwent (tzn. ja) nie rozmyśli się i nie postanowi jednak za parę minut przekwalifikować się w denata.

Znacznie milsza rozmowa była ze świadkami, z których najodważniejsi postanowili natychmiast zawrzeć ze mną znajomość wypytując „jak się pan nazywa, jak się pan, czuje, co pana boli? itd., itp. Padło też sakramentalne pytanie o to czy mam czucie w  rękach i w nogach.

Było jasne, że dobrzy ludzie próbują w ten sposób sprawdzić czy z poszkodowanym jest kontakt, a jeśli jest, to żeby nagle się nie urwał, a poszkodowany wziął i nie zszedł. Przynajmniej niespodziewanie. Mimo więc, że takie pogaduszki brzmiały z mojej perspektywy trochę krępująco, to sam fakt dosyć fachowego podejścia do tematu był naprawdę budujący.

Jeden z nich chusteczkami jednorazowymi wycierał mi krew z twarzy. I tutaj byłem już naprawdę ostro spietrany, ale jednak odważyłem się zapytać skąd ta krew – czy np. nie z nosa... Niby niczym się nie krztusiłem, ale jakoś przed oczami stanęły mi filmowe obrazki z ofiarami broczącymi krwią z nosa i ust chwilę przed tym jak wydadzą z siebie ostatnie tchnienie.

Ale nie... Krew sączyła się tylko z zadrapanego policzka i podbródka. Musiałem nimi po prostu przeszorować po asfalcie podczas spotkania z asfaltem. Nawet nos był cały! 

Już spokojniejszy poprosiłem więc o sprawdzenie czy podczas uderzenia lub upadku nie uszkodził się telefon, który miałem w kieszeni. To była cała operacja, bo akurat na nim leżałem. Komuś udało się jednak sięgnąć do kieszeni dresu i jakoś ten aparat wyciągnąć. Kolejny cud – działał, a na wyświetlaczu nie było ani pęknięcia, ani zadrapania. W tym momencie wiedziałem już też, że będę mógł zadzwonić do domu i poinformować o wypadku.

Z tym postanowiłem jednak poczekać, bo tak naprawdę wciąż nie wiedziałem co mi się stało i co ze mną będzie. Opatrzą i wypuszczą? Zbadają, prześwietlą i zostawią w szpitalu? Była dopiero 10:30 przed południem – na razie nie było sensu siać paniki i dezorganizować dnia bliskim. Z dzwonieniem i straszeniem (wiedząc już, że mogę zrobić to w każdej chwili) zdecydowałem się wstrzymać do 14:00 – 15:00, w nadziei, że będę wiedział już coś więcej.

Uradowani pierwszymi sukcesami świadkowie zaproponowali, że przełożą mnie na wznak. Propozycję przyjąłem z wdzięcznością, ale... kategorycznie odmówiłem: jeszcze nic mnie nie bolało, ręce i nogi wydawały się w miarę w porządku, ale przy takim uderzeniu i lądowaniu naprawdę nie było wiadomo co mogło stać się z kręgosłupem... Lepiej było zostawić jak jest i czekać na karetkę. 

Chętni do pomocy na szczęście pojęli sens mojej argumentacji i nie upierali się przy swojej opcji. Tym bardziej, że karetkę – też wcześniej pytając mnie o taką potrzebę – już wezwali. Pogotowie przyjechało może po pięciu minutach... Pełna kultura, ale niewątpliwie warto być przytomnym i świadomym w takich sytuacjach. Mnie na szczęście (w nieszczęściu) było to dane. I faktycznie – sanitariusze co prawda przełożyli mnie na wznak kładąc na nosze, ale najpierw unieruchomili szyję kołnierzem ortopedycznym. Czyli warto było tę chwilę poczekać. 

Już w karetce złapałem się na myśli, że nie zdążyłem zainteresować się co z rowerem – jak on przetrwał to spotkanie. Po upadku leżałem tak, że go nie widziałem, a potem mimo że wszystko wyglądało dość statycznie, to wydarzenia rozgrywały się dość dynamicznie, zabrakło na to czasu. Kiedy zapytałem o rower sanitariuszy uspokoili, że nim zajmie się policja, która pewnie zabezpieczy go jako dowód rzeczowy. A na razie trzeba zająć się mną... 

 



 

05.

Oprócz tego, że jest się przytomnym, na pewno warto być trzeźwym. Już z racji tego, że jest się uczestnikiem ruchu drogowego. I tę kwestię na pokładzie karetki  ratownicy medyczni wyjaśniają jako jedną z pierwszych. Tzn. pobranie krwi na ew. zawartość alkoholu to jedna z pierwszych czynności, którą wykonują (potem zrobi to jeszcze policja).

Ogólnie w karetce wszystko bardzo mi się spodobało. Z jednym wyjątkiem – tak ładnie i kolorowo te pojazdy wyglądają tylko z zewnątrz. W środku luksusów nie ma żadnych. Jest sterylnie, ale naprawdę spartańsko i po prostu niewygodnie. W moim przypadku zapewne jeszcze dlatego, że wciągnięto mnie do środka nie tylko na noszach, ale również na położonej na nie twardej desce – cały czas istniało zagrożenie jakiegoś urazu kręgosłupa.

Karetka (nie wiem, czy to był volkswagen czy mercedes) miała strasznie miękkie zawieszenie, w związku z czym koszmarnie bujała się na zakrętach. Co chwilę ześlizgiwałem się więc z tej cholernej deski i miałem wrażenie, że następnym razem z niej spadnę. Na szczęście jeden z ratowników przypomniał mi, że jestem przypięty do noszy.

Z ratownikami zresztą był świetny kontakt i najbardziej spodobało mi się to, że mówili mi o wszystkim co ze mną robią i co zamierzają robić. Widać było, że to profesjonaliści i pewne czynności mają opracowane do automatyzmu.

- Teraz biorę pana plecak, żeby pan go widział i wyciągnę przy panu z niego portfel – spokojnie informował mnie jeden z nich, kiedy dowiedział się, gdzie ma szukać dowodu osobistego. Krótko i na temat. Żadnych wątpliwości, wszelkie ewentualne późniejsze pretensje pacjenta ucięte w zarodku.

Równie sprawnie poszło rozbieranie – konieczne w celu pierwszych oględzin i przyklejenia do ciała jakichś czujników. Sprawnie, delilatnie i bardzo kulturalnie. Kurtkę na zamek udało się zdjąć nawet bez strat. Panowie upewnili się najpierw, że mogę ruszać rękami i z moją pomocą zwinnie ściągnęli ją bez użycia ostrych narzędzi. Z bawełnianą bluzą, bielizną termoaktywną i spodniami od dresu już tak się nie dało. Trzeba było ciąć. O tym jednak też zaraz powiadomili. Ba! Powiedzieli nawet, że przy uderzeniu w nogę samochód sprasował metalowe zaczepy na butach i nie mogą rozwiązać sznurowadeł, więc sznurówki też będą musieli ciąć.

Wszystkie rzeczy trafiły potem do foliowego czarnego worka. Szczerze mówiąc boję się do tej pory go otworzyć, ale to dobry moment, żeby zwrócić uwagę na parę elementów wyposażenia, które być może przyczyniły się do tego, że wypadek miał takie skutki jakie miał.

 

  • Sprawa pierwsza i najważniejsza: ludzie, używajcie kasków! Ja miałem na głowie grubą, sukienną czapkę „dokerkę” ze ściągaczem. Taką a la Leon Zawodowiec. Fajne to, ciepłe, nie zasłania pola widzenia, ale... kaskiem nie jest i nie będzie. Teraz już to wiem. I to wcale nie wskutek zderzenia się głową z maską lub szybą samochodu albo już potem – z asfaltem lub krawężnikiem. Gdyby tak było, to ta czapka mogłaby już posłużyć raczej już tylko jako woreczek do zbierania mózgu i kości czaszki. To niestety brutalny fakt. I chociaż roweru aktualnie nie mam, a jeździć nie wiadomo kiedy będę mógł, to już wiem jaki chcę prezent na Gwiazdkę. Drugi raz takiego szczęścia mogę nie mieć.
  • O bawełnianej bluzie, termoaktywnym podkoszulku i spodniach od dresów, które poszły pod nóż, już wspomniałem. Warto za to zwrócić uwagę na buty. Ze względu na jesienną porę miałem na nogach masywne, sznurowane za kostkę buty trekingowe – sprzedawane zresztą jako obuwie dla myśliwych i leśniczych. To właśnie w nich podczas uderzenia wgięły się zaczepy na sznurowadła, ale same buty musiały na tyle zamortyzować uderzenie, że ocalała stopa i kostka. Po trzech tygodniach wciąż utykam, bo staw skokowy jeszcze nie doszedł do siebie, ale podejrzewam, że mając na nogach trampki, zostałbym kaleką.
  • Rękawiczki - tego dnia założyłem nie klasyczne rowerowe, ale trochę grubsze - budowlane dextery. Oprócz tego, że są one trochę cieplejsze, to mają jeszcze plastikowe wstawki ochronne na napięstkach i kantach dłoni. I akurat to się przydało: plastik na nich był porysowany. Czyli gdyby nie one, to zapewne porządnie porządnie poobcierałbym dłonie.
  • I rzecz, która najprawdopodobniej ocaliła mi kręgosłup podczas walnięcia plecami w szybę samochodu i lądowania na asfalcie. Jako że jeżdżę przez cały rok, na jesień i zimę wymyśliłem sobie dodatkowy patent, mający zabezpieczyć partie ciała szczególnie podatne na przeziębienia. W pasie opinam się po po prostu szerokim pasem stabilizacyjnym, który z tyłu ściśle przylega do nerek i opada nisko aż na pośladki. Po pierwsze nie pozwala się to zadzierać  do góry podkoszulkowi, a po drugie – samo grzeje aż miło... W tym konkretnym przypadku pas musiał zaś zadziałać jako dodatkowy amortyzator, a przede wszystkim usztywnił kręgosłup – i przy samym uderzeniu i kiedy jak worek z kartoflami leciałem już z maski na jezdnię, wykonując po drodze kilka gwałtownych obrotów. Kolejny sprzyjający zbieg okoliczności. Gdyby nie to, pewnie nie skończyłoby się na jednym złamanym kręgu.

O tym wszystkim miałem czas pomyśleć już w karetce, ponieważ ratownicy po upewnieniu się, że pacjent jest w jednym kawałku, przytomny i zagrożenia dla życia raczej nie ma, dali mi już spokój. Był więc czas na pierwsze – jeszcze dość gorączkowe – przemyślenia i wsłuchiwanie się w siebie.

A sygnały zaczynały dochodzić coraz wyraźniejsze. Najwyraźniej odpuszczała adrenalina: zacząłem się trząść (chociaż nie czułem zimna) i odezwał się ból – w plecach, a przede wszystkim w  pośladkach, w okolicach kości ogonowej. Już w karetce zacząłem marzyć o przewróceniu się na bok. Niestety pozostało to marzeniem jeszcze przez długie godziny spędzone na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, dokąd właśnie mnie wieziono. Dlaczego? O tym następnym razem.

 



 

06.

SOR czyli Szpitalny Oddział Ratunkowy to pierwsze miejsce, gdzie człowiek zostaje z lekka, ale wyraźnie odczłowieczony. No cóż, miasto może nie jest metropolią, ale liczy 300 tys. mieszkańców, więc przerób pacjentów też jest odpowiednio duży. I tu rutyny – w jej pozytywnych i negatywnych przejawach – nie da się zapewne uniknąć.

Pozytyw to szybkość, z jaką zaczęto wozić mnie na niezbędne badania. Korytarz, winda, drzwi, drzwi, winda, korytarz. RTG, USG, tomografia. Naprawdę, tego co wykonano w ciągu może nieco ponad godziny, „zdrowy” pacjent w przychodni może chyba tylko pozazdrościć. Wykonanie takiego zestawu zajęłoby pewnie parę tygodni, jeśli nie miesięcy.

Złe strony rutyny pojawiają się potem. Wtedy, kiedy niezbędne badania wykonano, a pacjent nadal żyje i wszystko wskazuje, że będzie jednak żył. Istnieje bowiem pewien niuans – zrobienie badań od doczekania się na ich wyniki i zapoznania się z nimi przez lekarzy dzieli pewien dystans czasowy. Trzeba cierpliwie poczekać.

Pociąg, tzn. wózek z pacjentem zostaje wówczas odstawiony na bocznicę (personel zajmuje się nowymi lub trudniejszymi) przypadkami, a pacjent – pozostawiony sam sobie. Na ile czasu? W moim przypadku na długich kilka godzin... Wtedy odważyłem się po raz pierwszy zadzwonić do domu: mialem rowerową kolizję, zabrali mnie na obserwację do szpitala, po południu będą wyniki i wtedy zadzwonię jeszcze raz, żeby powiedzieć czy puszczą do domu, czy zostawią na obserwację.

Czas dłużył się niemiłosiernie jeszcze dlatego, że nawet gdybym próbował się zdrzemnąć, to nic by z tego nie wyszło. Teraz już naprawdę mnie bolało. Przeraźliwie bolał mnie tyłek, podczas uderzenia i wypadku widocznie stłuczony jak mięso na schabowe. A przecież do czasu uzyskania wyników nadal musiałem leżeć na wznak na tej upiornie twardej desce. I leżałem.

O wstawaniu oczywiście w ogóle nie było mowy. Tu na szczęście procedury nie zawiodły. Już wcześniej mili studenci (wszystko to działo się w uniwersyteckim szpitalu klinicznym) poinformowali mnie, że należałoby mi założyć cewnik. Jak to wygląda, już widziałem: kilka metrów obok, na sąsiednim łóżku leżał praktycznie nagi, nieprzytomny staruszek podłączony do takiej rurki zakończonej elegancko zwisającym foliowym workiem.

Ten widok był tak przerażający, że początkowo starałem się nieśmiało bronić przed tą perspektywą. Owszem wyjaśniono mi, że mam prawo do pisemnej odmowy, ale przekonano mnie jednak bez trudu, że lepszy cewnik niż leżenie w kałuży własnego moczu, bo pampersów nie ma, a jakby były, to i tak nikt by się w nie nie bawił.

Argument był nie do odparcia. Owszem przyjemne to nie było, ale późniejsze korzyści z posiadania tego urządzenia płynęły wielkie. I to płynęły w dosłownym sensie tego słowa... A dzięki kolorowi tego co zaraz obficie spłynęło do worka, od razu można było stwierdzić, że nie jest uszkodzona miednica. Podobno, jeżeli jest połamana, to w moczu jest krew. Nie było, co z satysfakcją odnotowali zajmujący się mną studenci.

Odnotowali i zostawiając mnie tak, poszli sobie do kogoś innego. W ostatniej chwili udało mi się jeszcze uprosić jedną z dziewczyn, żeby na odchodne litościwie okryła mnie jakimś prześcieradłem, bo czułem się cokolwiek niekomfortowo z tym wszystkim na wierzchu. I wtedy w głowie zapaliła się taka kontrolna lampka – czy to już nie tu, już na studiach zaczynają się pierwsze objawy takiego braku naturalnej empatii, przytłaczanej przez zawodową rutynę.

Potem była jeszcze jedna taka scena. Kiedy po paru kolejnych godzinach leżenia zaczynałem już po cichu wyć z bólu, zdołałem zawołać jedną ze studentek i poprosić o jakiś środek przeciwbólowy. 

– Ja nie mogę podjąć takiej decyzji, a lekarz wyszedł – odpowiedziała i w nagłym pośpiechu rzuciła się do innych, nie cierpiących zwłoki zajęć. Niestety – nie szukać lekarza. Potem nie tylko omijała mnie już szerokim łukiem, ale starała się nawet unikać kontaktu wzrokowego. Czyli chociaż miała wyrzuty sumienia... Na szczęście potem zlitowała się nade mną pielęgniarka i podała jakąś zbawienną kroplówkę.

W tym czasie nawiązała za to ze mną kontakt policja. I to dwukrotnie. Raz formalnie, z propozycją dmuchnięcia w balonik – widocznie już pełną parą trwały czynności dochodzeniowe w sprawie wypadku. Potem mniej oficjalnie. Dwoje funkcjonariuszy przyjechało wyjaśnić okoliczności, w których ranna została starsza kobieta przywieziona na SOR trochę po mnie. Zapewne z zawodowej ciekawości, pan policjant zagadał też do mnie.

- A pan też z wypadku?

- Aha. Z rowerowego.

- A nie z tego na Piłsudskiego?

- No z Piłsudskiego...

- Wie pan, bo my właśnie do pana tam jechaliśmy, ale pogotowie zabrało pan wcześniej – ożywił się funkcjonariusz, a w jego głosie usłyszałem jakąś taką nutkę szacunku. - Tylko my dostaliśmy zgłoszenie, że miał miejsce wypadek ze skutkiem śmiertelnym, bo tak to wyglądało...

Mogę sobie tylko wyobrazić, że musiałem w tym momencie zrobić minę z gatunku „bezcennych”. Dowiedziałem się za to, że sprawca prawo jazdy miał zaledwie od trzech miesięcy, a zanim skasował dziś mnie, zdążył już wcześniej spowodować stłuczkę. Wybitnie uzdolniony młody kierowca.

Wreszcie niczym trzej mędrcy zaczęli wreszcie przybywać do mojego zakątka lekarze. Zamiast darów mieli nowiny – zasadniczo dobre. Owszem cały byłem poobijany, ale neurolog po zapoznaniu się z tomografią stwierdził brak urazów głowy. Chirurg stwierdził, że całe są też narządy wewnętrzne. Ortopeda w podobny sposób oszacował stan kończyn. Jedyna zła wiadomość dotyczyła kręgosłupa – jest złamanie jednego kręgu. Na SOR-ze w związku z powyższym nic już do mnie nie mają i odsyłają na oddział ortopedii.Tam dowiem się szczegółów na temat dalszego leczenia. Do domu oczywiście dziś nie wyjdę.

 



 

07.

Ortopedia jest o tyle lepsza od neurologii, że gdyby była to neurologia oznaczałoby to, że ze złamanym kręgosłupem – a zwłaszcza tym co jest w nim w środku – jest naprawdę krucho. Sam fakt trafienia na ten pierwszy oddział można było więc uznać za sukces.

Dostarczono mnie tam wieczorem, już porządnie obolałego i wymęczonego, więc szczerze mówiąc nie za bardzo pamiętam szczegóły pierwszego spotkania z lekarzem prowadzącym. Na drugie trzeba było poczekać kilka dni, w ciągu których informacje na temat swojego stanu zdrowia starałem się uzyskać od lekarzy dyżurnych. Z dość miernym skutkiem, mimo pomocy żony. Jedna z pierwszych rozmów, która odbyła się następnego dnia po wypadku, przebiegła tak:

- Pani mąż to ten nietrzeźwy? 
- Nie, trzeźwy!
- Ale może wczoraj był nietrzeźwy?..

I dalej: 
- No pani mąż ma złamany kręgosłup, ale paraliż mu RACZEJ nie grozi. Ale ja historii nie znam, to nie mój pacjent...

Niech żyje empatia!

Niby to śmieszne, ale stresujące. No bo jakim prawem tak do ludzi? W nocy obudziłem się z myślą o tym chamowatym doktorku, który insynuował mojej żonie, że to ja wpadłem pod ten samochód, po pijanemu. I wymyśliłem sobie, że to musiało być tak:

Pan doktor jeździ pewnie drogim suvem i to głównie w Alpy, na narty. Ale mentalnie pozostał w swojej wiosce gdzieś pod Sokółką, skąd poszedł na studia do Białegostoku. Dokonał więc podświadomej projekcji: rowerzysta w średnim wieku z wypadku MUSIAŁ przywołać mu znajome obrazy pijanych rolników na rowerach marki ukraina, poganiających przed rowerem krowy i wpadających od czasu do czasu pod cìężarówki (ew. furmanki) wyładowane świeżym obornikiem.

Ta wizja tak mnie uspokoiła, że zasnąłem i spałem do rana.

Za to pielęgniarki (dwie na dwa oddziały – czyli na ponad 60 przeważnie leżących pacjentów!) mimo natłoku obowiązków były przesympatyczne. Panie salowe też. Jedne i drugie lubią pogadać ze sobą nawzajem i z chorymi. Jedną z takich pogawędek przerwał żałosny jęk z końca korytarza. Pani salowa zerwała się na równe nogi:

- O kurde, pacjentki w kiblu zapomniałam!!! 

I takie to były chwile rozrywki przerywające dość monotonną, płaską – w dosłownym znaczeniu tego słowa –egzystencję. Miłego nastroju dodawały też zastrzyki i kroplówki. Środki przeciwbólowe dawano praktycznie na żądanie i niemal w każdej ilości. Fajne były zastrzyki z czymś na bazie opiatów, ale najbardziej przypadły mi do gustu kroplówki z paracetamolem. Po nich robiło się cudownie błogo i sennie.

Błogi nastrój zakłócała tylko myśl, że wypadek wypadkiem, a ja mam... niepopłacone podatki! Pech chciał, że gość przejechał mnie 19. października, a jako zdyscyplinowany przedsiębiorca (tzw. działalność jednoosobowa) mam psi obowiązek zapłacenia do 20. każdego miesiąca podatku PIT-5. I rób co chcesz, ale płać. Nadzieja na aplikację mobilna w ocalałym smartfonie zawiodła – trzeba w niej wpisać ręcznie nr konta właściwego Urzędu Skarbowego. A kto zna na pamięć nr konta Urzędu Skarbowego? 

Potrzebny był komputer. Uratowała żona, która przywiozła laptopa. Trzymała mi go nad głową, a ja leżąc na wznak wstukiwałem co trzeba i gdzie trzeba. Na szczęście mieliśmy też mobilny internet, bo szpitalne Wi-Fi chociaż podobno było, to się nie łączyło.

Dopiero kiedy przelew przeszedł poczułem się pacjentem, a nie podatnikiem. Dopiero teraz można było już spokojnie chorować.

To było pierwsze, ale wcale nie ostatnie i nie najboleśniejsze zetknięcie z machiną państwową. Kolejne miały się okazać równie dotkliwe, co samo zderzenie z dostawczym vanem. Ale o nich napiszę później, kiedy wszystko uda się pozytywnie załatwić, a ja będę mógł już beztrosko wskoczyć na siodełko. Niestety jeszcze trochę to potrwa...